poniedziałek, 28 stycznia 2013

not my day

Co jakiś czas są takie dni, kiedy już od momentu otworzenia patrzałek wiesz, że to zdecydowanie nie jest Twój dzień. Dziś mi się trafiło.

Początek pod znakiem 'hmmm, jest 7.00, o 7.20 jestem umówiony'. Genialnie. Domyślacie się sami, że efekt turbo załączony zostać musiał. Ale nie w tym rzecz.


Czytuję różne inne blogi, analizuję, odnoszę do siebie. Patrzę na innych, a jakże. I dochodzę do jednego, dobitnego, aczkolwiek niezbyt pozytywnego wniosku-brak nam samych siebie.

Nie przeczę, istnieją jednostki, które są w pełni zadowolone ze swojego życia. A przynajmniej tak twierdzą, nie siedzę w ich głowach, nie wiem. Wiem za to, że tracimy ogromną ilość życia na tkwienie w dziwnych związkach, układach, niesatysfakcjonujących zawodach...

Powiesz: szara rzeczywistość. Na chleb zarobić trzeba, rachunki same się nie opłacą, coś w życiu robić trzeba. Zgodzę się, ale tylko POŁOWICZNIE.

Mimo tych raptem dwóch dych na karku zaczynam widzieć, że wpadłem w typowy tryb. Uczelnia, dom, coś do jedzenia, książki, czasem jakieś wyjście. Płacę rachunki, sprzątam, sporadycznie (w sprzyjającym okresie) gdzieś wyjadę. Takie o, zwyczajne życie.

Ale mi zaczyna czegoś brakować. Brakuje mi czegoś, dla czego rano wstałbym z łóżka. Pasji. Ewentualnie kogoś, dla kogo warto byłoby opuścić ciepłe wyro.


Daleka jeszcze droga przede mną do zrozumienia siebie, swoich potrzeb, oczekiwań wobec świata. Bo jeżeli chodzi o oczekiwania wobec innych ludzi, nie mam prawa niczego wymagać, dopóki sam nie jestem określony wobec siebie. Nie byłbym fair.



Poczujcie choć odrobinę wiatru w żaglach i korzystajcie, śmiejcie się, bawcie, poznawajcie. Porozmawiajcie ze sobą, może dowiecie się czegoś nowego?

Najważniejsze, żeby znać swoje potrzeby, umieć je realizować-wtedy wszystko stanie się łatwiejsze, zarówno stosunki z innymi ludźmi, jak i nastawienie do nas samych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz